GOŚCINIEC SZUWARY
ADRES

Krutyń 54b
11-710 Piecki

KONTAKT

tel. 607 291 262
szuwary.krutyn@gmail.com
www.szuwary.info

@instagram
Iga, Igusia, Iguana. - Gościniec Szuwary w Krutyni na Mazurach
21701
post-template-default,single,single-post,postid-21701,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,side_area_uncovered_from_content,hide_top_bar_on_mobile_header,qode-content-sidebar-responsive,qode-child-theme-ver-1.0.0,qode-theme-ver-9.2,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive
 

Iga, Igusia, Iguana.

Iga, Igusia, Iguana.

Psy tworzą z nami historię. Naszego życia a w naszym przypadku – i naszej pracy. Razem z nami  przyjmują gości i tworzą specjalną atmosferę…. Od zawsze jesteśmy psiolubni i przyjmujemy gości z pieskami. Bo psy dają czystą miłość i radość oraz masę wspaniałych wspomnień ale na koniec ich odchodzenie jest tak bolesne jak członka rodziny…. Nasza Igusia była z nami w Szuwarach od samego ich początku, czyli od 2010 roku kiedy nawet samego budynku Gościńca jeszcze nie było. Pamiętam do dziś jak Maciek przyniósł mi małą kulkę z wielkimi uszami… prawie większymi od tej samej sierściastej trikolorowej kulki… To była właśnie Iga. Od samego początku była bardzo przyjazna, wykazywała zero agresji przez całe życie, za to była sybarytką co kochała dobre jedzenie, wygrzewanie się przy kominku, spacerowanie z nami po okolicy. Kochała leżeć na plecach aby dopominać się głasków od każdego kto się nawinął a Igusi w takiej pozycji nikt nie umiał obojętnie ominąć, o czym doskonale wiedziała. Często szukała ”alternatywnych form wyżywienia” wyjadając kiełbaski co upadły z kija przy ognisku, wchodząc do pokoju gości i wyżerając tygodniowe zapasy ich psa, czasem zabierając dziecku z ręki ciastko, lub żebrząc w Werandzie przy śniadaniach u gości lub dziewcząt nam pomagających. To wszystko przyokrąglało mocno naszą Igusię ale była szczęśliwa a na końcu o to przecież chodziło… żeby była z nami tu szczęśliwa jak my z nią byliśmy.

Przez te 11 lat wiele zabawnych historii i anegdot powstawało wokół Igusi. Np jak przyjechała do nas ekipa telewizyjna kręcić teledysk z piękną modelką ale to Iga skradła szoł wchodząc w kadr i to ona stała się gwiazdą tego teledysku. Innym razem ukradła śpiącym gościom cały ich przygotowany zapas mięs i kiełbas na grila. We wczesnej młodości kochała eksplorować okolicę, krótko mówiąc uciekała w siną dal czasem powracając dopiero za parę dni. Musieliśmy ukrócić te wycieczki specjalną obrożą, która jej to uniemożliwiała. Nie lubiła być zostawiana sama w domu, wtedy potrafiła pogryźć całą wycieraczkę albo ostentacyjnie ”zrobić” kałużę. Widząc smycz zabieraną przez kogoś z nas już stała przy drzwiach czekając na spacer. Spacery to była jej ulubiona część tygodnia, nawet na sam jej koniec i kiedy nie była w stanie iść a widziała naszą rodzinę zbierającą się do wyjścia –  a dodam, że umiała odróżnić wyjście np. do szkoły od wyjścia na spacer – czekała na wyjście….więc Maciek niósł ją całą drogę na przemian z dziećmi aż do rzeki, gdzie tydzień temu ostatni raz sobie mogła na nią popatrzeć…. Wieczory były zarezerwowane na wylegiwanie się na kanapie lub najlepiej: przy kominku, czasem dyszała tam jak lokomotywa od gorąca ale nie, nie odchodziła od niego;-) zresztą czasem nie wiedziała gdzie pędzić: na górę do kominka w sypialni czy jednak na dole? Wybierała to miejsce gdzie my byliśmy. Tak samo było ze spaniem: co wieczór wdrapywała się na górę z dylematem: pokój Kuby, Antka czy sypialnia moja i Maćka? W każdym miała swoje miejsce do spania. A chrapać umiała lepiej niż mój małżonek, więc najczęściej lądowała więc u Kuby, któremu to chrapanie jakoś nie przeszkadzało….. Umiała każdego przekupić tym łagodnym charakterem, dobrymi oczami, białym sterczącym ogonem – widocznym czy to z traw czy ze  śniegu. Wiele z nami podróżowała i wiele kilometrów z nami wspólnie przeszła. Zawsze pragnęła być blisko nas, jeśli pracowaliśmy w ogrodzie to zawsze była obok, nawet jak musiało to oznaczać ciągle chodzenie za nami z miejsca na miejsce. Igunia była naszym pierwszym psem w Szuwarach, potem dołączyła charakterna Lola, którą przyuczyła jak własne dziecko, które nieraz jak ten przysłowiowy wąż, gryzła ”rękę, która ją karmi” …. ale jestem pewna, że się kochały i zawsze wspólnie pilnowały naszych Szuwarów:

Mam nadzieję, że dobrze jej tu było, że czuła się kochana. A teraz Lola jej psyjaciółka ma kompana do biegania po wiecznych trawach gdzieś tam…

Tylko w Szuwarach tak się pusto zrobiło….

 

daria
puszko.daria@gmail.com
No Comments

Post A Comment